Anti Beti in da town part 3

Zmieniony pseudonim oznacza, że moje imię jednak trochę się zeuropeizowało. Wszyscy już nauczyli się nazywać mnie Beti. Anti Beti zagościła więc na dobre.

 

Do miasta chodzę często, ale dzisiejsze wyjście zasługuje na osobną relację. Dziś oto odebrałam z miasta przyjeżdżających do nas wolontariuszy z Niemiec.

 

Ha!

 

Odebrać to znaczy zorientować się, gdzie zatrzymuje się autobus, którym jadą (nie ten sam, którym przybyłam ja). Pomocny okazał się nasz kierowca i przewodnik z wycieczki do Murchison Falls (okazało się, że ma na imię Achilles więc nie tylko biblijnych ale i mitycznych tu mamy), którego spotkałam po drodze. Skontaktował się z kierowcą autobusu z Kampali, wskazał mi miejsce, w którym przystaje po czym wrócił do swoich zajęć (w matatu miał dwoje białych w podeszłym wieku, których wiózł na wycieczkę). Autobus miał pojawić się za dwadzieścia minut. Pojawił się za pięćdziesiąt i od razu zlokalizowałam w nim machającego do mnie przez okno Bastiana.

 

Odebrać oznacza również zorganizować boda dla czterech osób, które zawiozą nas do domu. Okej, boda w sumie organizują się same (cudowne rozmnożenie), ale trzeba przecież uzgodnić cenę. Wiem, że tysiąc pięćset za podwózkę z wielkimi bagażami, tyle zarządziłam, ruszyliśmy.

 

I dotarliśmy szczęśliwie!

 

To ciekawe widzieć sytuację pierwszego wejścia nowych wolontariuszy z boku. Tę samą, którą ja przeżywałam tak niedawno. Od dziś zakres moich obowiązków na chwilę się powiększy, okrzyknięto mnie bowiem przewodnikiem dla naszych nowych członków rodziny!

 

Będę się starać!

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.