phrase the Lord

Minęła moja czwarta niedziela w Masindi. Dziś do Kościoła poszłyśmy tylko z Sophią i Alice, zabrałyśmy ze sobą część starszych dzieci. Minął już pierwszy kościelny szok (w pierwszą niedzielę nie rozpoznawałam nawet słów, które mówiono przez mikrofon i wszystko zdawało się być jedynie muzyką), dużo słucham i rozumiem, znam strukturę tutejszego nabożeństwa. Odkąd wolontariusze z Niemiec zostali przedstawieni na zeszłym spotkaniu, walczę o obecność Polski w wypowiadanych przez prowadzących pozdrowieniach. Wszyscy myślą, że przynależę do niemieckiej ekipy.

 

Dzisiejsze wyjście do Kościoła było inne nie tylko ze względu na nieobecność cioci Hope. Pierwszy raz po wyjściu z Kościoła wielu ludzi podchodziło do nas i pozdrawiało, dziękując za odbyte razem nabożeństwo. W części poświęconej rozważaniu słów Biblii siedzący obok mnie mężczyzna podzielił się ze mną swoją Biblią tak, byśmy mogli czytać razem. Słowem – zostaliśmy chyba przyjęci.

 

Sławienie Boga to wątek, któremu poświęcić należy osobny akapit. Odbywa się tutaj nie tylko w niedzielę, ludzie spotykają się w Kościele także w inne dni (lub noce) tygodnia. Większość piosenek, które śpiewają nasze dzieci związanych jest z Jezusem. Bóg (Jezus) obecny jest wszędzie – wiele z matatu na przedniej szybie ma naklejki z hasłem Phrase the Lord, God is great lub podobnym. Na szczycie tego wszystkiego są zaś punkty usługowe o bożej nazwie, jak na przykład God is good Beauty Saloon (Salon Piękności „Bog jest dobry”), który mijałyśmy wczoraj w drodze z Kampali.

 

Niewiele mówię o naszej codzienności, bo nie sposób wyliczać ilości czasu spędzonego w piaskownicy, przy rysowaniu, nauce liczenia, gotowaniu, zabawie na karuzeli, spacerach. Są jednak momenty, o których już teraz wiem, że zapadną w pamięć. Dziś otrzymałam drugiego w historii buziaka (pierwszego dała mi Sabrina, dzisiejszy był od Roberta), a buziaki nie są u nas na porządku dziennym. Nieczęsto się nawet przytulamy. Drugim ważnym wydarzeniem było znalezienie listu od najstarszego Denisa, który jutro wraca do szkoły do Kampali. List znalazłam na moim łóżku, Denis dziękował mi za moje zainteresowanie i zachęcanie go do jedzenia (bardzo schudł przez chorobę). Wydaje mi się, że nawiązaliśmy przez te dni dobry kontakt. Denis świetnie rysuje. Drugiego dnia pobytu w domu zauważyłam, że zaczął mnie rysować i wyszło mu całkiem nieźle, a gdy poszliśmy na plac zabaw rysował tatuaże na rękach dzieci. Jest bardzo troskliwy i mądry. Cieszę się, że jego wyjazd nie oznacza naszego ostatecznego pożegnania. Zobaczymy się w grudniu gdy przyjedzie na dwumiesięczne wakacje.

 

W ciągu dnia śniła mi się moja rodzina. Byliśmy wszyscy w domu mojej babci nad jeziorem, wszystko wyglądało jak w czasach mojego dzieciństwa. Trudno z takiego snu się wybudzić, szczególnie w ciągu męczącego dnia.

2 komentarze

  • Bogna

    Czytam o Twoich podopiecznych i zastanawia mnie od dawna jedna rzecz – czy te dzieciaki nawiązują jakoś w rozmowach, rysunkach, zabawach etc. do swojej trudnej przecież przeszłości? Przecież nie są w tym Domu, bo dobrze im się wiodło. Wiem, że niektóre z nich trafiły tam w niemowlęctwie, ale niektóre dużo później, mogą pamiętać swoje mamy, rodziny. To są dzieciaki ze skomplikowaną historią. Myślę, że wszędzie dzieci reagują na takie rzeczy podobnie. Ale może się mylę?

    • Beata

      Dotychczas nie zauważyłam żadnym bezpośrednich nawiązań (jak np. rysunki, rozmowy, reakcje na otoczenie). Spędzam z dziećmi bardzo dużo czasu ale trzeba pamiętać, że dzieli nas czasem bariera językowa. Więcej emocji mogą wyrazić w lunjoro, więcej opowiedzieć. W tym, co ja mogę zaobserwować – nie dostrzegłam. Są rzeczy pośrednie – drobne lęki, nerwy, spięcia w różnych sytuacjach. Tyle widzę na ten moment.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.