rok temu

Rok temu o tej porze szykowałam się do wyjazdu na zachód Polski by spędzić Sylwestra z moim przyjacielem. Podróż trwała dziewięć godzin. Prawie tyle samo trwała podróż na południe globu, którą wykonałam we wrześniu, a na której pomysł wpadłam z początkiem stycznia 2015 roku. Chwilę po Sylwestrze wiedziałam już, że muszę muszę przyjechać do Afryki.

 

Rok później, czyli dziś,  dzień spędziłam w szpitalu. Zabawne, jak wszystko w życiu ma właściwą kolejność. Pierwszy raz poszłam do szpitala z Hope i kaszlącym Godfreyem w pierwszym dniu po przyjeździe do Masindi. Gdy patrzyłam na oddział dla pacjentów zewnętrznych nie wyobrażałam sobie nawet, że mogę przyjść tam ze swoją sprawą. Miejsce wydawało mi się obce i nie do okiełznania. Potem październik, w którym zachorowałam sama i siłą rzeczy musiałam zaznajomić się ze wszystkimi procedurami. Wizyta trwała chwilę, otrzymałam potrzebne tabletki i pojechałam do domu. Potem czasy Promise, inny oddział ale ludzie prawie ci sami. Szpital stał się dla nas drugim domem, miejscem, w którym spędzasz dzień i noc z ludźmi, którzy stają się dobrymi znajomymi.

 

Gdy dziś przyszło mi wraz z czterema innymi osobami położyć się na sali oddziału dla pacjentów zewnętrznych i dostać pierwsze w życiu kroplówki (poważnie, nigdy dotąd nie były mi potrzebne) – nie było we mnie nic ze strachu. Rzeczywistość szpitalną można uznać za okiełznaną, zapoznaną, nawet polubioną. Już z domu, w stanie dobrym i uśmiechniętym, składam po raz kolejny ukłon tutejszej służbie zdrowia. Nie boję się chorować bo wiem, że w szpitalu pomogą mi wrócić do zdrowia.

 

Dużo miałam czasu na pomyślenie o tym, co działo się rok temu. Dobrze, że tak się życie potoczyło. 2016 rok przywitamy w Window of Life Babies Home… jeśli dotrwamy do tak późnej jak dwunasta godziny!

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.