safari

Nie wiem, czy kiedykolwiek miałam lepszy dzień wolny. Choć męczący, to wypełniony obrazami, które zostaną na całe życie. Dziś odwiedziłyśmy Murchison Falls National Park, czyli (podobno) najpiękniejszy park w Ugandzie.

DSC01088

Wycieczka do niego nie jest może sprawą bardzo trudną do zorganizowania ale tylko pod warunkiem, że ma się w kieszeni grube miliony. Jeśli w normalnych okolicznościach muzungu płacą więcej za różne rzeczy, to przy okazji atrakcji turystycznych chęć zarobku na nas wzrasta. Dlatego pojechanie do Murchison Falls z Masindi na jeden dzień za rozsądną cenę i z dobrym przewodnikiem to wielka sztuka. Większość wycieczek wyrusza z Kampali, trwa 3-5 dni i kosztuje fortunę.

 

Godnym zaufania kierowcą i doświadczonym przewodnikiem w jednym okazał się przyjaciel przyjaciela Marii. Pojechałyśmy we dwie, ja i Agata, za transport mając mały busik zwany matatu – dokładnie taki sam, jakim jechałam z Entebbe do Kampali. Z Masindi do bramy parku jedzie się niecałą godzinę, wyruszyliśmy więc po 6:00 rano, by o 7:00 oficjalnie ją przekroczyć.

 

Aby dotrzeć do otwartej przestrzeni, w której swobodnie można wypatrywać zwierząt należy przejechać około półtorej godziny przez dość gęsty las. Pierwszymi, które powitały nas w parku były pawiany (doświadczyłyśmy również ich chciwej i ciekawskiej natury gdy nieomal wlazły nam do samochodu przez otwarte okno).

 

Matka natura pięknie obradowała Ugandę. Mimo niewielkich jak na tę porę roku opadów, zieleń jest soczysta i bujna. Dziś doświadczyłam czegoś, co zostanie ze mną na bardzo długo. Nasz przewodnik wiedział dokładnie, gdzie spotkać żyrafę, hipopotamy, guźce, lwy czy słonie. Zabierał nas właśnie w takie miejsca, a my starałyśmy się złapać to piękno obiektywami aparatów. Około 14:00 wsiadłyśmy do łódki by popłynąć wzdłuż brzegów Nilu, wielkim finałem była zaś wspinaczka na szczyt wodospadu Murchison, którą odbyliśmy w dusząco wilgotnym i gorącym powietrzu. To zupełnie inne „chodzenie po górach” niż u nas. Czasem nie jest się nawet w stanie oddychać.

 

W drodze powrotnej jeszcze w granicach parku spotkaliśmy pracujących tam ludzi wracających pieszo do domu. Zabraliśmy ze sobą czwórkę, zaraz potem zmaterializowało się kolejnych kilkunatstu. W czternastoosobowym matatu zmieściło się więc w sumie około dwudziestu osób.

 

Nie jestem w stanie pokazać Wam wszystkiego, co dziś uwieczniłam. Wybrałam duety, które rożne mają oblicza, zawsze jednak oznaczają dwoje.

 

PS. Siostro Anko, zrobiłam to!

Wielka dupa hipopotama na górze oznacza, że wcale nie było łatwo uchwycić zwierzęce przody.

15 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.