the greenest green I’ve ever seen

O busach zwanych matatu parokrotnie Wam już wspominałam. Tradycyjnie w matatu wraz z kierowcą mieści się czternaście osób, jednak liczby takie jak ilość miejsc w pojeździe w Ugandzie przyjmuje się jako próg startowy. Dziś pojechaliśmy więc na wycieczkę w liczbie osób dwudziestu pięciu.

 

Wybraliśmy się rodziną nad Jezioro Alberta, korzystając z matatu Achillesa, który trzy miesiące temu zabrał mnie i Agatę na pierwszą wycieczkę do Murchison Falls National Park. Dotarcie na miejsce, choć odległość nie jest bardzo duża, zajmuje prawie trzy godziny – wszystko przez drogi, które nie są w najlepszym stanie. Co tam drogi!

 

The greenest green I’ve ever seen (najzieleńsza z zieleni jaką widziałam w życiu) jest tutaj, w Ugandzie. To, co widzi się po drodze ciężko jest nawet uchwycić aparatem. Jak żyję, takiej zachwycającej zieleni jeszcze nie widziałam. Może nasze Podlasie może stanąć z nią do konkursu, ale i tak o kilka setnych wyprzedzi je Uganda.

 

Po drodze minęliśmy fabrykę cukru Kinyara, przejeżdżaliśmy przez ogromne połacie pól trzciny cukrowej. Na zdjęciach możecie zobaczyć, jak wygląda wycięta część i sama fabryka. Po drodze w jednej z wiosek minęliśmy targ, na którym Achilles kupował matoke (zielone banany) dla swojej rodziny. Nad jezioro dotarliśmy około południa.

 

Pierwszym miejscem, które obraliśmy na strefę naszego odpoczynku był brzeg rybaków. Rozłożone na piasku sieci i ich kolorowe zakończenia stanowiły piękny widok. To tutaj właśnie zażyliśmy kąpieli, dzieci były wniebowzięte. W planie mieliśmy obiad, ale nie byliśmy w stanie go tam zjeść.

 

Gdy pojawia się jeden muzungu, nie może przejść niezauważony. Gdy pojawia się czterech, zostają oblężeni. O ile oblężenie w wykonaniu dzieci z okolicznej wioski nie jest uciążliwe (zwykle siadają lub stają w pobliżu i można po prostu pozwolić im się przypatrywać) i da się je zignorować, o tyle oblężenie przez nachalnych dorosłych nie jest przyjemne. Dziś dane nam było spotkać dwóch bardzo męczących (każdy na swój własny sposób) panów, którzy w efekcie przegonili nas z naszego miejsca odpoczynku. My się jednak nie poddajemy. Achilles znalazł dla nas ustronne miejsce w nadbrzeżnym hotelu, gdzie mogliśmy w spokoju zjeść obiad i odpocząć. Przypadki nieciekawych dorosłych zdarzają mi się ostatnio dość często. Jako że we wszystkim staram się jednak szukać dobrych stron, tutaj też znalazłam jedną – nauczyłam się przynajmniej choć trochę sobie z nimi radzić. Każdy taki przypadek daje możliwość ćwiczenia.

 

W drodze powrotnej odwiedziliśmy wioskę, z której pochodzi Goretti. Wszyscy krewni przywitali nas z wielką radością. Na ostatnim zdjęciu zobaczyć możecie Goretti i jej mamę.

 

Pomyślałam dziś, że dobry tytuł książki o Ugandzie mógłby brzmieć The Hills of Uganda (Wzgórza Ugandy) lub alternatywnie – Najzieleńsza z zieleni (The Greenest Green). Tak właśnie widzę naturę tego kraju – pagórkowatą, czasem nawet górzystą, a przede wszystkim przezieloną. Po trzech miesiącach mieszkania tutaj, po oswojeniu się, przyzwyczajeniu, obyciu, opatrzeniu nadal mogę powiedzieć – jest pięknie.

 

 

Ogromne podziękowania za dzisiejszą wycieczkę należą się Bastianowi, który przejął organizacyjne stery. Dla niektórych z naszych dzieci była to pierwsza podróż matatu, pierwsza kąpiel w jeziorze, pierwsze zetknięcie ze światem tak oddalonym od domu. Myślę, że pływanie w chłodnej wodzie w takiej temperaturze (piasek poparzył mi stopę!) musi być wspaniałym doświadczeniem. Myślę, bo sama nie pływałam. Nikt z nas, białych, nie wszedł do wody. Boimy się choroby zwanej bilharcjozą – robaków, które lęgną się pod skórą i okropnie swędzą.

 

Radocha pozostałych była jednak czymś lepszym niż kąpiel.

 

Walkę o tytuł zdjęcia dnia wygrywa poniższe. Na nim ja i Hope w jakiejś rozchwianej pozie oraz Bubu siedząca w cieniu drzewa, którą zdradzają  kucyki na pierwszym planie. To był, proszę państwa, bardzo dobry dzień, zakończony afrykańsko – ulewnym deszczem i sprintem z matatu do domu, w którym z racji burzy nie ma oczywiście prądu!

 

DSC02558

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.