woda

Może przez chwilę wydawało mi się, że znam tutejszą rzeczywistość i niewiele (jeśli chodzi o rzeczy domowe) może mnie zaskoczyć. A tu proszę, wszystkich nas zaskoczyła okoliczność braku wody. Wczoraj odcięci byliśmy w połowie, z części kranów nadal można było korzystać. Dziś rano zostaliśmy postawieni przed faktem nie mycia się i koniecznością przyniesienia wody z publicznego źródła. Nawet zbiornik, który gromadził do użytku wodę deszczową wysechł prawie do cna. Pora deszczowa to już tylko mgliste wspomnienie.

 

Wstaliśmy więc rano i poszliśmy po wodę. Każdy miał ze sobą kanister (rozmiar dostosowany do możliwości dźwigania), w domu zostały tylko najmłodsze dzieci i Sunny, która przygotowywała śniadanie. Źródło wody nie jest daleko, idzie się do niego z górki (co oznacza, że wraca się pod górkę). Na co dzień korzysta z niego wielu mieszkańców Kihande, mijamy ich na spacerach, znamy się z widzenia. Gdy przybyliśmy dziś potężną ekipą z kanistrami wywołaliśmy chyba zdziwienie i trochę zamieszania. Napełniliśmy je wszystkie, Hope i Goretti swoje postawiły na głowach, ja moje dwadzieścia litrów przekładałam z ręki do ręki bardzo dużo razy. I wiecie co sobie przy tej okazji przypomniałam? Gladys, którą odwiedziłyśmy z Martą na wsi, opowiadała, że zanim zachorowała nosiła dwadzieścia litrów wody ze źródła oddalonego od domu o pięćset metrów. Drobne, chude dziecko. Poczułam dzisiaj te dwadzieścia litrów i nie mogę się nadziwić.

 

 

Funkcjonowaliśmy oszczędnie by nie chodzić do źródła więcej razy. Trzeba jednak powiedzieć to głośno: dobrze, że mieliśmy skąd tę wodę wziąć. Nie ważne, czy to daleko czy blisko, ważne, że była.

 

Teraz, wieczorem, wszystko wróciło do normy. Szczęśliwie dla nas możemy wziąć prysznic, a w porze suchej to rzecz ważna. Niesamowite ilości kurzu unoszą się wszędzie – na podwórku, na drogach, w mieście. Z niektórych drzew opadły liście, trawa jest coraz bardziej sucha i chrzęści pod stopami. Robert nie jest w stanie zrobić tortu z piasku bo to, co zostało w piaskownicy nadaje się tylko na posypkę.

 

Dwa dni temu za sprawą nowej drewnianej ściany w domu pojawił się nowy pokój, który zasiedliła Grace, Majorien i Joshua. Pokój to duże określenie na przestrzeń, w której poza łóżkiem i dwoma pudełkami nie mieści się nic. Jesteśmy jednak bardzo z tej przestrzeni zadowoleni, a Bastian od razu wykorzystał ją na wprowadzenie do domu zwierzęcia. Żyrafa, którą widzicie poniżej posłuży nam do mierzenia wzrostu. Na ścianie najprawdopodobniej jutro pojawi się również galeria zdjęć dzieci stworzona przez Natalię i Bastiana. Ramkę do swojego zdjęcia każde z dzieci samodzielnie pokolorowało, pod imieniem zamieściliśmy zaś datę urodzin. Piękne te nasze dzieci, pięknie sportretowała je Natalia.

 

2 komentarze

  • mama

    Jakoś niespodziewanie szybko nadeszła ta pora sucha. Zdaje się, że tak niedawno lało.
    Dzieciaki cudowne, no i oczywiście z takiego „materiału” – zdjęcia też piękne. Pozdrawiamy.

  • frodka

    Przepiękne te zdjęcia, ukłony! I tyle kolorów… domyślam się, że na żywo jeszcze bardziej bije w oczy 🙂
    Właśnie, często zdarzały się sytuacje gdzie brakowało wody, w każdej porze suchej czy raczej jak „susza pociśnie”?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.